niedziela, 11 lipca 2010
czwartek, 8 lipca 2010
poniedziałek, 5 lipca 2010
Dream. Fever. Crime novel scene.
"I've come to ask you a favour," he said. "No one knows I'm here. By this evening I'll be back across the border, my passport unstamped thanks to your new borderless Europe; the peasants back at the village will not have noticed I'd been gone. My mobile phone is off, no one can track me. If you look out the window, you'll notice my partner pacing down the street outside, he's the nondescript fellow in a black jacket. Yes, that's him. He stays behind. If you were to call the police now, and have me arrested, he'll complete the assignment, and disappear. You don't know him, but he knows you. Now here's the favour that we'd like you to do for us. Only you can do this repair job, which won't cost you anything. Here's the phone."
As I stood by, an invisible witness, a fly on the wall, I watched this once confident businessman's facial expression slowly change as he considered the offer. I felt hot, sweaty, I turned, and fell back to sleep.
As I stood by, an invisible witness, a fly on the wall, I watched this once confident businessman's facial expression slowly change as he considered the offer. I felt hot, sweaty, I turned, and fell back to sleep.
wtorek, 29 czerwca 2010
niedziela, 27 czerwca 2010
czwartek, 24 czerwca 2010
Słowo?
No, nie wiem, ale za każdym kiedy słyszę słowo "łyndołsy", to natychmiast zyskuję chęć sięgnięcia (jeszcze raz) po swoją kaburę!
środa, 23 czerwca 2010
Phở plus (Oj!)
Wracając dzisiaj wieczorem z przedstawienia teatralnego francuskiej sztuki Les montagnes russes (przetłumaczonej) spacerem po zachodniej stronie centralno zachodniej ulicy Iron Street, po której jeździły niegdyś tramwaje, a teraz tylko nieczęste autobusy #157, mijając nowoczesny gmach mennicy państwowej, zimno, słońce gdzieś zachodziło, księżyc pewnie wschodził, deszcz zaczynał lekko pokropywać, samochody szaleńców pędziły, natknąłem się na nową restaurację, która wygłądała mi na Wietnamską, na szyldzie widniała bowiem reklama mojej ukochanej zupy rosołowo-flakowo-mięsnej Phở, która od lat niejednokrotnie i niezawodnie leczyła moje i nie tylko moje grypy oraz przeziębienia, kiedy zauważyłem na sąsiedniej szybie tej samej jadłodajni duży napis oznajmiający lokalny, a nieznany w Zachodnich Stanach Zjednoczonych przysmak, pod podejrzanie nie-wietnamską nazwą Kebab. Więc phở i co?
Bezendu
Tymczasem słowo "bezendu", które, zakładam, znaczy "bez końca" wraca 89,000 wyników z Google (a 13,100 z Bing.) Kojarzy się akronim z branży filmowej MOS, znaczący "mit out sound" ('bez dźwięku') mieszanka angielskiego z niemieckim, prawdobodobnie pochodząca z Hollywood w latach 30. kiedy przybyli tam niemieccy reżyserowie tacy jak Fritz Lang i Ernst Lubitsch.
Garra Charrúa
Nowe wyrażenie z Mundialu i jego wyjaśnienia znalezione w sieci:
"To have Garra Charrúa: means to be resourceful, daring, and not to give up. Charrúas were the Indians that populated the Eastern coast of Rio de la Plata, which Uruguayans are proud of."
"One feature of Uruguayan character that stems from the indigenous past is something called the Garra Charrúa ("GARR-rah char-ROO-ah") or Charrúan Talon.
Garra Charrua refers to character traits of persistence, fierness, and bravery. When Uruguayans have to do something difficult or dangerous, they say they have the Garra Charrúa qualities of courage and fierceness."
"Kogo prowadzi garra charrúa, ten nie czuje strachu ani nie umie się poddawać."
"To have Garra Charrúa: means to be resourceful, daring, and not to give up. Charrúas were the Indians that populated the Eastern coast of Rio de la Plata, which Uruguayans are proud of."
"One feature of Uruguayan character that stems from the indigenous past is something called the Garra Charrúa ("GARR-rah char-ROO-ah") or Charrúan Talon.
Garra Charrua refers to character traits of persistence, fierness, and bravery. When Uruguayans have to do something difficult or dangerous, they say they have the Garra Charrúa qualities of courage and fierceness."
"Kogo prowadzi garra charrúa, ten nie czuje strachu ani nie umie się poddawać."
poniedziałek, 21 czerwca 2010
Hura, Druga Tura!
Były wybory. Będzie druga tura. Będą spoty, reklamy, debata. Były, i niestety będą, sondaże. Wczoraj wieczorem, sondażowe agencje stwierdziły stanowczo, że jeden z kandydatów otrzymal ponad 45% głosów a drugi 33%. Tymczasem w aktualnych urnach wyborczych jeden z panów otrzymał 42 a drugi 37%. Sondażyści, zapewniając nas, że stosują ściśle "naukowe metody", wskazują paluszkami na sondażowanych oskarżając ich o kłamanie.
Tak jest i tu i tam.
Tymczasem poranny dziennik RZeczpospolita donosi:
Dalej nie musisz czytać, bo pozostaje nam tylko kwestia słów kluczowych, które mogłyby przyciągnąć (czytaj: zwabić) czytelników do naszego genialnego blogu poprzez (via) indeksy wyszukiwarki Google czy nawet Microsoft Bing (Czy Apple ma wyszukiwarkę? A Linux? iPhone? Osborne Computer?)
Tymczasem poranny dziennik RZeczpospolita donosi:
Na pytanie, kto ma płacić za szkody spowodowane przez powódź, ponad połowa ankietowanych odpowiada, że budżet państwa. Jeżeli jednak że ten budżet to nasze podatki, które może trzeba będzie z tego powodu podnieśc, to liczba szukających pomocy w państwowej kasie spada o blisko jedną trzecią.
Tak jest i tu i tam.
Z samego Chicago pochodzi popularna Amerykańska rada i przypomnienie, które się daje znajomym przed lub w samym dniu wyborów: "Vote early and often!", czyli "Głosuj wcześnie i często!"
Więc jadziem...
Zgoda buduje, Polska jest najważniejsza, razem zmienimy Polskę, seks, free porno, randki internetowe, anonse erotyczne, najlepsze komórki dotykowe, iPad, iPod, darmowe SMS, bezpłatne netbooki, laptopy, samochody terenowe, niski kredyt mieszkaniowy, nieruchomości, gaz łupkowy, strategiczne inwestycje, pogoda, recenzja, bankomat, top trendy, open'er, taniec z gwiazdami, doda, edyta, brzydula, katastrofa, wakacje, tanie ciuchy, gej, śmietana, psychoterapia, procesja, relikwie, święto, święty, Tarot, zajebiste globalne ocieplenie, botox, viagra, praca za granicą, lekcje języka portugalskiego, joga, wiza do USA, agencja towarzyska, repertuar kin, rozkład jazdy, taksówka, kebab, luksus, promocja, rajcowanie, bajerowanie, Chopin Vodka, Jan Cajmer!
Codzienny chleb
Językowe zabawy są, czy mogą być, no, zabawne, ale to nie wszystko co dzieje się w głowie. Opowiem Ci historie o etymologii rozmaitych amerykańskich słów i powiedzeń. Pośmiejemy się z anglicyzmów w języku polskim. I co dalej? Pożywisz się tym wszystkim jak codziennym chlebem? Ja nie!
Jeden poleca medytację, pisze że pisanie uszlachetnia. Drugi nalega abym się natychmiast stąd wyniósł jak on rok temu z sąsiednej stolicy. Trzecia z sympatią radzi aby pójść na pływalnię. Dni upływają w szarej rozpaczy. Wyjdę teraz kupić gazetę, baterie do myszy, krem do golenia. Może i nawet węgiel leczniczy, którego w Stanach ze świeczką nie znajdziesz.
Kontener sale
Piękne sale takie jak ta na zdjęciu powyżej? Nie, wcale nie chodzi o pomieszczenia, chodzi o wyprzedarze! Trend bezendu. Menedżer jogging do dilera. Industrialny biznesmen ranking chipsy. Transparentny celebryta. Targetowanie branding didżeja. Faktoringowy spot plejbaku. Będziem grilować? Oj, daleko poszliśmy od 'bigbitu'. (Podaj mi swoje przykłady.)Pamiętasz może kiedy w zamierzchłych czasach wtedy jeszcze krakowski tygodnik Przekrój ogłaszał konkursy na nowe polskie słowa? Kiedyś konkurs zwyciężyło nowe słowo na 'szlafrok': 'podomka'. O, dżizes, mejbi jam oldschoolowy...
niedziela, 20 czerwca 2010
Za duży tłok na bilbordzie!
Rozmawialiśmy o historii muzyki popularnej. Podsunęłem tezę że najbardziej interesujące rzeczy, nie tylko w muzyce popularnej, ale ogólnie w sztuce, zdarzają się jednak na marginesach, a nie na głównych nurtach. Teza usprawiedliwująca być może snobism. Trudno mi przytaczać przykłady z dzisiejszego dnia, ponieważ sceny muzyki popularnej już nie obserwuję tak jak to robiłem kiedyś, ale pozwolę sobie zauważyć, że najbardziej popularni artyści w historii rock and rolla sięgali po inspirację nie do głównego nurtu popularnej muzyki, ale do jej marginesów.
Elvis Presley, nie mając na początku kariery oryginalnych, własnych źródeł swojego repertuaru, sięgał do bluesa i do artystów country, których nie widać było na głównych listach przebojów magazynu Billboard. To samo można powiedzieć o grupach Brytyjskich z wczesnych lat 60.
Podczas gdy wszyscy wokół słuchali głownego nurtu popu, artyści poszukujący oryginalność sięgali do marginesów. I oczywiście często później sami stawali się głównym nurtem. Natomiast my, konsumenci popularnej kultury, mogliśmy i możemy dalej szukać oryginalności, właśnie na marginesach, bo dlaczego nie!
Amerykański sportowiec beisbola z lat 50., pod nazwiskiem Yogi Berra, pamiętany dzisiaj głównie z malapropizmów, oraz z dowcipnych obserwacji przypadkowo filozoficznych, wyjasnił kiedyś dlaczego przestał uczęszczać do znanej restauracji Ruggeri's, w St. Louis : "Nikt tam już teraz nie chodzi! Za duży tłok."
No właśnie. Obserwujmy marginesy!
"Niewiedza"
Powieść Milana Kundery, napisana po francusku, zatytułowana Ignorance, została przetłumaczona na jezyk polski pod tytułem Niewiedza. To dobry tytuł, lepszy myślę od dosłownej Ignorancji, ponieważ oddaje nieco precyzyjniej idee autora (Czytałem ksiązkę po angielsku - także zatutułowaną Ignorance - jak i ostatnio po polsku.)
W swojej powieści Kundera opisuje przeżycia dwóch czeskich emigrantów powracających po dwudziestu latach na Zachodzie do rodzimego kraju.
Te przeżycia nie powinny być obce emigrantom powracających do własnych stron w innych miejscach. W tekście, rozważająć los swoich bohaterów, Kundera wraca to Oddyssei Homera i do powrotu Ulyssesa do Itaki. Tytułową niewiedzą jest, w skrócie, brak zainteresowania ze strony tubylców, rodzin i przyjaciół powracających, ich życiem na obczyźnie. (Jak również brak zainteresowania ze strony emigrantów ich własną czeską przeszłością.) Być może nic w tym dziwnego (jak mnie jeden wczoraj przekonywał), ale dla autora stała się ta ignorancja prowokacją, natchnieniem do napisania powieści i do rozważań o powrotach, interesujących przynajmniej dla nas powracających lub też decydujących o powrocie.
Recenzja: http://wyborcza.pl/1,75517,1686898.html
Zawrotne powroty
Odjechać łatwo. Wracać trudniej. Trudniej chociażby dlatego, że zgromadziłeś tam kupę gratów, tyle sprzętu, książek, płyt, taśm VHS (Ha!) Powiada mi kuzyn, że jego kolega wynajął w Nowym Jorku kontener i załadował do niego całe swoje mieszkanie, meble, graty, ciuchy, kuchenne naczynia, i wysłał ten kontener okrętem prosto do Rzeczpospolitej. Meble? Jakie, antyki, czy szwedzkie Ikea prosto z Chin?
Nie wystarczy Ci psychiczny szok, kulturowy szok powrotu na stare, jakże zmienione śmieci, więc musisz za sobą targać meble? A może Ci meble ten szok załagodzą i poczujesz się jak w domu w Północnej Dakocie? Klimat w końcu zimą całkiem podobny tutejszy do tamtejszego. I nawet temperatura tam spada poniżej ich wprawdzie Fahrenheitowskiego, ale jednak zera!
Wszystko tutaj inne, wszystko takie same jakie je zostawiłeś. W starych tramwajach tłok, obcy sobie ludzie awanturują się o byle co, i tylko motorniczy nie musi już teraz opuszczać kabiny aby skręcajac przestawiać tory wajchą. I na dziewiątkę korbą nie kręci. Potykasz się, na ulicach chodniki dla przechodniów tak samo nierówne jak dawniej, i to wkrótce, odnotowałem, po ich partackiej konstrukcji. Te same psie gówna gdzie idziesz po osiedlu, pozostawione przez następne pokolenia kundlowatych, karłowatych polskich psów, nie takich rasowych i półrasowych przystojniaków jakich miałeś mieszkając w Nevadzie.
W sklepach małych i dużych kasjerki domagają się końcówki drobnych monet, kasjerki, które siedzą podczas gdy klient stoi, pyskują na klienta jak dawniej, jak za socjalizmu. I zakupów nie pakują, nie dają torebek. Jamil, kasjerze, my friend z supermarketu Andronico's, zadziwiłbyś się bez końca.
Dobrze więc, że przywiozłeś sobie markowe dżinsy, bo tutaj zapłaciłbyś ze sto dolarów za parę Levisów, szytych zapewne też w Chinach, a nie jak dawniej w San Francisco, niedaleko portu, tam na stopach pięknego wzgórza Telegraph, gdzie bym chętnie Was zaprowadził i pokazał. Nota bene, powyższą cenę sprawdziłem dzisiaj w puściusieńkich sklepach firmowych Levis oraz Lee-Wrangler. Przeliczyłem potem złotówki na dolary według kursu w pobliskim kantorze, gdzie jak we wszystkich kantorach, obsługa zawsze ponura, i, jak kilkakrotnie zrobili to akurat w tym punkcie, próbują cię oszukać.
Tymczasem stary zespół bigbitowy Czerwone Gitary występuje teraz prawie w oryginalnym składzie, trzech z pięciu założycieli, dwaj pozostali niestety nie mogą uczestniczyć, bo zaprzestali z lepszych lub gorszych powodów oddychać. Sytuacja zupełnie jak z zespołem the Rolling Stones. Którzy jednak w przeciwieństwie do Gitar nie nagrywają płyt po niemiecku.
Swój samochód Hyundai zostawiłeś tam, sześciocylindrowy sports car, za dużo na tutejsze piekielne korki pali benzyny za litr, nie zaś za galon, a poza tym, wymawiasz jego markę niezrozumiale dla tubylczych mechaników, rymująć ją jak trzeba z angielskim słowem 'Sunday'.
Dobrze że twój komputer biega jeszcze na czasie Amerykańskim, bo jeżeli ten jeszcze chwiejny "powrót" zakończy się powrotem spowrotem do sportowego auta marki Hyundai (rymuje się z 'Sunday') i do Twojego starego półrasowego psa z angielskim imieniem, to święty spokój jego cyfrowego zegara zostanie niezakłócony.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)





